sobota, 12 czerwca 2010

....a błąd statystyczny w USA ;)

Wczoraj pan z DHL-u mnie nawiedził i przekazał dużą, żółtą kopertę, którą otworzyłam z drżeniem rąk, aby się upewnić, czy ten malutki papierek tak przeze mnie z dawna wyczekiwany tam naprawdę jest i czy decyzja pana konsula nie była tylko moim sennym majakiem wynikającym z podwyższonych temperatur i... MAM. Moja wiza jest śliczna (no prawie, moje zdjęcie trochę ją szpeci ;), świeżutko wydrukowana, a co najważniejsze - JEST :))). Haha... To idę się pakować.... :)))

wtorek, 8 czerwca 2010

...pan Konsul też ;)

Haha...tyle nerwów, noc nieprzespana (musiałam wstać po 3, a tak dziwnie mój organizm reaguje, że jeśli czeka mnie coś ważnego to budzę się co godzinę i sprawdzam zegarek, żeby czasem nie zaspać ;) i wszystko to po to, aby pan Amerykanin po pół minucie życzył mi udanego pobytu. Ale się cieszę... :)))).Mały skrót z dzisiaj:
O 4:35 mamusia z tatusiem zawieźli mnie na dworzec autobusowy. Nie chciałam jechać sama autem do Krakowa i Bogu niech będą dzięki, bo wjazd do Krakowa cały rozkopany - chyba wszystkie ulice remontują tam na raz! Korki straszne, objazdy - rezultat: 40 minut opóźnienia. Aczkolwiek dla mnie dramat to nie był, bo ja jestem zawsze zapobiegliwa i na taką właśnie potencjalną okoliczność pojechałam wcześniej. Tak więc w Krakowie byłam o 8:10 i spokojnym spacerem podziwiając widoki ;) doszłam do Konsulatu ok. 8:25. Naprzeciwko wejścia do siedziby naszych sojuszników ;) stała grupa podekscytowanych ludzi, którzy poinformowali mnie, że zaraz wyjdzie pan sprawdzający czy dokumenty są wszystkie. I faktycznie po chwili wyszedł - sprawdzanie zaczął ode mnie (oczywiście było pefect ;) i kazał mi przejść na bok, bo zaraz przyjdzie inny człowiek rozdający szczęśliwe numerki w zamian za paszport ;) i tak o 8:30 stałam się szczęśliwą posiadaczką jakże pięknego numerka 46. Teraz pozostało czekać aż głos wielkiego brata wywoła przez megafon w ambasadzie szczęśliwców z numerkami w celu rewizji, kontroli tudzież innego rodzaju naruszenia prywatności. Trochę sobie poczekaliśmy... W tym czasie pod ambasadę przyszedł obsikany menel wyzywający nas od "tchórzy liżących d... Żydom i że h... z nami" ;))). Taki wesoły akcencik :))). Wracając do tematu - ok. 9 nastąpiła wiekopomna chwila: przekroczyłam próg konsulatu! Jako że nie miałam przy sobie noży, broni itp. część kontrolna poszła szybko. Następnie udałam się po niezbyt licznych schodach na pięterko do KLIMATYZOWANEJ (o dzięki Wam, sojusznicy nasi za ten dar niebios) sali z dwoma okienkami, do których można było podejść tylko po wcześniejszym byciu wyczytanym przez wszystko-wiedzące panie w celu złożenia odcisków wszystkich palców i sprawdzeniu przez nich naszych dokumentów (można było podejść do nich bez wyczytania, ale to groziło przykrymi konsekwencjami o czym przekonała się babeczka stojąca przede mną ;). Skoro kontrola wszystko - wiedzącej pani wypadła pomyślnie, o 9:45 weszłam już niemalże do jaskini lwa - poczekalni! Centralnym i najważniejszym punktem w poczekalni jest elektroniczna tablica, na której wyświetla się numer ofiary i miejsce jej kaźni (czyt. numer petenta ;) + nr stanowiska konsula). Wzrok wszystkich w poczekalni jest utkwiony w tablicę, z przerwami na odprowadzenie wzrokiem kolejnego śmiałka udającego się na spotkanie z przeznaczeniem i przyglądaniu się co trzyma w dłoni osoba, która już zmierzyła się z losem - paszport (a więc wizy nie dostała) czy druczek DHL (a więc ma to po co przyszła). Jako że należę do tej bystrzejszej części społeczeństwa ;), zwróciłam uwagę, że Ci, którym trafia się konsul nr 4 bardzo szybko są po rozmowie i mają wizy, a konsul nr 2 lubi męczyć i wiz nie daje (a przynajmniej nie wszystkim ;). Tak więc w przypływie wzmożonych uczuć religijnych zaczęłam modlić się o numer 4. I stał się cud! Po 45 minutach na tablicy pojawił się mój numer, a obok informacja: stanowisko nr 4! Mój Pan Konsul okazał się dość młodym ryżawym człowiekiem z brodą o bardzo miłym uśmiechu (aczkolwiek dobrowolnie nie wydałabym na niego tych 44 zł ;). Zadał mi tylko dwa pytania: czy znam host rodzinę i czy mam kogoś z rodziny w USA. I tyle. Po strachu. 

Mam wizę, mam wizę, mam wizę!!!!! :)))))

Ach, mogę już zacząć planować, cieszyć się tym wyjazdem itp. Mam nadzieję, że czeka mnie to co za pierwszym razem, a nawet więcej :):

piątek, 4 czerwca 2010

...zła się nie ulęknę ;)

Wypełniłam dzisiaj wniosek. Naprawdę genialne ułatwienie zrobili - wszystko po angielsku, sesja wciąż wygasa i trzeba kopiować dane na dysk średnio co 3 minuty, żeby nie musieć zaczynać wciąż od początku - ponad 2 godziny to robiłam! A i tak nie mam pewności, że wniosek wypełniony jest dobrze... Nic, wkrótce się przekonam, bo...uwaga! uwaga!...we wtorek mam rozmowę o wizę. Tak więc o 9:30 proszę trzymać kciuki (choć wiem, że moja mamusia będzie modlić się o to spotkanie i to nie bynajmniej o pozytywne rozpatrzenie mojego wniosku ;). Byłam zaskoczona w sumie, że tak krótko się czeka na spotkanie, ale się cieszę - chcę już wiedzieć na czym stoję. Gdyby to była moja pierwsza wizyta w konsulacie, byłabym spokojna - wszystkie au pair z PL wizy dostają. Ale niestety jestem weteranem... Więc tym bardziej proszę trzymać kciuki :). Z ciekawostek - za 8 minutową rozmowę telefoniczną, która jest konieczna, aby umówić się z konsulem, pobrało mi z konta prawie 44 złote. No żeby chociaż ten konsul był przystojny i choć minimalnie zrewanżował mi poniesione koszty ;).

wtorek, 1 czerwca 2010

a wszystko to, bo Ciebie kocham... ;)

Ile to człowiek musi się namęczyć, żeby trafić do raju ;). W zeszłym tygodniu dopiero dostałam papiery wizowe. W przesyłce z biura znajdowała się też instrukcja jak wypełnić wszystko itp. Na niewiele jednak mi się do zdało, bo dokładnie od zeszłego tygodnia zmieniły się przepisy wizowe i teraz wypełnia się tylko jeden wniosek i wysyła go on-line. Oznacza to, że muszę zrobić nowe zdjęcie (coby było w formacie jpg), bo oczywiście byłam na tyle sprytna, że zdjęcie do wizy zrobiłam już na początku maja kiedy jeszcze nikt nie słyszał o nowych regulacjach. A ponieważ nieszczęścia chodzą parami ;), wzrosła opłata za wizę. Może to tylko 9$, ale ja myślę, że znalazłabym lepsze zastosowanie dla tych ok. 30 złotych ;). Aczkolwiek po obejrzeniu tego filmiku stwierdziłam, że chyba jednak warto się pomęczyć:
Mam nadzieję, że Chicago nie zawiedzie mnie tak jak NYC i będzie dla mnie takim samym objawieniem jak Washington DC albo Miami. Haha... jeszcze tylko muszę dostać wizę ;)